Lubię Gibraltar

Strona o Gibraltarze i mojej miłości do tego miejsca, a także o odkrywaniu Andaluzji i wszelkich innych nieograniczonych możliwościach, dostępnych w tym zaskakująco różnorodnym miejscu na świecie!

Bilans dwulatka

Dziś będzie mocno ‚od serca’, bo i dzień jest szczególny, a tak naprawdę to był wczoraj. Wczoraj minęły dwa lata od czasu, gdy codziennie wieczorem widzę światła Afryki, z reguły przez cały rok mam otwarte okna, zimą noszę sztruksową marynarkę i cały czas słyszę szum morza. Dokładnie dwa lata temu, po 10 dniach wspaniałej podróży przez Europę wylądowaliśmy w El Cuarton pod Tarifą 🙂 Było cudownie i trochę strasznie. Kupując mąkę, baliśmy się, że wyjdziemy ze sklepu z tartą bułką. Nie chodziliśmy na tapasy, bo wstydziliśmy się zamówić. Chociaż oczywiście wiadomo, że to nie to było najtrudniejsze. Decyzja o wyjeździe i całkowitej zmianie życia była lekko szalona (zwłaszcza z Małą Myszką vel TyTy pod pachą) i wiatr często wiał nam w oczy (prawdziwy też, przecież nigdzie nie wieje jak w Tarifie), ale najważniejsze, że sobie poradziliśmy. Po dwóch latach mogę powiedzieć, że jestem w domu. Wygląda na to, że jest co świętować!

Sama nie wiem czy otworzyć butelkę dobrego wina, zagryźć słonymi oliwkami i cieszyć się, że byłam taka odważna, bo przecież byłam (choć nie ja jedna). Czy jednak skrobnąć kilka słów o tym, że warto się nie bać, słuchać siebie i marzyć. Bo od marzeń naprawdę wszystko się zaczyna i jak się nie damy myśleniu, że ‚jestem nikim’, ‚udaje się innym, a nie mnie’, ‚lepiej cieszyć się tym co mam’, czy innym wyrazom i babolom, które nas niepotrzebnie powstrzymują, można powoli zacząć mieć takie życie jakie się chce.

Kiedyś tylko czytałam w Zwierciadłach, Paniach czy innych Coello-historiach, że trzeba szukać, że na tym życie polega – na szukaniu siebie, swoich celów, że dopiero wtedy każdy dzień staje się wspaniałą przygodą, fortuna jest Twojej przyjacielem i oddaje Ci marzenia na tacy, najczęściej w najbardziej zaskakującej konfiguracji. A teraz widzę, że rzeczywiście tak jest.

Po roku – była wokół nas grupa fajnych ludzi, mieliśmy jako takie poczucie bezpieczeństwa, wynikające z posiadania swojego lekarza, mechanika i coraz większego komfortu językowego. Bywało też ciężko, w sumie było tak przez większość czasu. Strach, lęk, wyobcowanie, tęsknota za bliskimi i bliskich za nami (sama nie wiem co gorsze), zmaganie z samym sobą, konfrontowanie planów z rzeczywistością, trudności finansowe, życie domowe dwóch zestresowanych osób. Fe i masakra. Ale ktoś mądry mi wtedy powiedział, że początki bywają trudne i że w nas wierzy (to była moja mama). Dzięki jej pomocy w najgorszym momencie, wsparciu innych bliskich osob, ale też przede wszystkim, dzięki samym sobie, mam wrażenie, że wypływamy na spokojne wody. Życie nabrało rozpędu dopiero gdy trafiliśmy TU, czyli na Gibraltar, czyli tam gdzie od początku mnie ciągnęło.

Po dwóch latach czuję, że się zagnieździłam i ten kiedyś uroczy, ale obcy świat, został prawie całkowicie oswojony. Palmy to drzewa pospolite, kiszone oliwki są jak kiszone ogórki, plaża jest podwórkiem zabaw, wszechobecne armaty po prostu sobie stoją, na małpy już nie zwracam uwagi, łódki też omijam wzrokiem niczym zaparkowane pod oknem Punto czy inną Corsę, krzyk mew zastąpił gruchanie gołębi, a planowanie wycieczki nad ocean jest tak samo proste jak wypad do Wielkopolskiego Parku Narodowego (niech tylko wreszcie uzbieramy na nowe opony). To wszystko nadal trochę pachnie egzotyką, ale stało się tak radośnie powszednie. Po dwóch latach, coraz bardziej lubię swoje życie i wierzę w swoje wybory. Coraz częściej mówię to, co myślę i jestem tym, kim jestem. I mimo, że nie robię nic wyjątkowego, to cieszy mnie każdy dzień. Tu i teraz.

W całej przygodzie najbardziej fascynuje mnie nie tylko łatwość dokonania tej całej niby wielkiej zmiany, ale też świadomość, że to wcale nie musi być Gibraltar, bo dla każdego ten jego ‚Gibraltar’ będzie zupełnie inny. Nieważne, czy w wolnym czasie zbieramy szyszki w zaśnieżonym lesie czy muszle na plaży, wydaje mi się, że po prostu chodzi o to, żeby się zastanawiać nad sobą, nad tym czego się chce, nie iść za tłumem i się nie bać. Bo nie ma czego. Życie staje sie łatwe jeśli mu na to pozwolimy.

Plusy wymieniłam na początku, a minusy? Na razie trudno mi znaleźć, bo wiecie jak to jest na początku każdego związku – na początku cieszysz się, że nie śpisz sam i wszystko Ci się podoba. Dopiero w drugiej fazie, to samo wszystko może stać się powodem sprawy rozwodowej i wyprowadzki. Oby ta moja pierwsza faza z Gibraltarem trwała jak najdłużej. Sto lat, nam!

Ps. A! I wreszcie lubię wszystkie pory roku. Szczerze mówiąc, te które nie są latem, nawet bardziej 🙂

Ps2. Już kiedyś wspominałam, że większość zdarzeń w moim życiu kojarzy mi się z piosenkami i często gdy coś się ważnego dzieje, słyszę muzykę w głowie. Zanim tu przyjechaliśmy – właśnie w czasie podejmowania decyzji o wyjeździe z Polski, w kółko słuchałam jednej (bo puszczałam ją non stop Małej Myszce jako kołysankę). Kiedyś do końca nie rozumiałam o czym Bryan Ferry śpiewa, teraz te słowa wydają mi się dość prorocze 🙂

5 odpowiedzi na „Bilans dwulatka”

  1. świetna opowieść 🙂 powodzenia, oby miłość przetrwała i działo się jak najlepiej

    Polubienie

  2. Ciesze sie, ze sie udalo i udaje! Girbaltar to piekne miejsce!

    Polubienie

  3. dziekuje za mile slowa! dodaja mi skrzydel 🙂

    Polubienie

  4. Zuza super blog,sama bym tego nigdy lepiej nie opisala xxx

    Polubienie

    1. Dziękuję 🙂 xxx

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do mm Anuluj pisanie odpowiedzi