Najpierw TyTy nie mogła się doczekać nauki w domu, bo mimo że nie znosi szkoły jako instytucji, informacja na pożegnanie w ostatni piątek, że pewnie się zobaczą dopiero we wrześniu trochę ją dobiła. Bo dzieci lubi. Niektórych dorosłych też.
Najbardziej ze wszystkiego ucieszyła się, że będzie mogła iść do szkoły w piżamie.
A potem zaspałyśmy. Od razu mówiłam, że 9:00 to za wcześnie.
Teraz TyTy robi swoje pierwsze szkolne zadanie – rysuje tęczę (!) stylusem na iPadzie (dobrze, że zdążyłam kupić). Ja leżę obok i pewnie zaraz zasnę.
Natomiast moje kochane dziecko, mimo, że jej nigdy tego nie wgrywałam i naprawdę mam luz i spokój, boi się, że nie zdąży (gdzie? gdzie?! się pytam). Oczywiście nie krytykuję jej i wspieram sercem całym. Zawsze. Tęczę też uważa, że zrobiła okropną, mimo, że taką boską i w pięć minut.
Kiedy to się zaczyna w głowie? Ta jazda na bycie nie dość dobrym? Rodzimy się z tym czy co? Straszne to jest.
Następne pięć minut później tęcza wysłana. TyTy poszła robić coś następnego z listy przygotowanej przez szkołę. Leżę sobie w łóżku i piszę. Nagle rozlega się krzyk z dużego pokoju
– Mamo, ja nie chcę robić jogi!!!
– 😂 No dobra, zrobię z Tobą. Zawsze chciałam się nauczyć. Tylko skończę pisać.
– Teraz!!! Bo jestem spóźniona!!
$%##@*@### Wrrrrrrr.
No dobra. Idę.


Dodaj komentarz