Lubię Gibraltar

Strona o Gibraltarze i mojej miłości do tego miejsca, a także o odkrywaniu Andaluzji i wszelkich innych nieograniczonych możliwościach, dostępnych w tym zaskakująco różnorodnym miejscu na świecie!

Zasiedziały podróżnik

– Sporo przewodników Pani kupuje – powiedziała sprzedawczyni w Empiku, patrząc na dorodną stertę książek piętrzącą się na ladzie. Ciągle donosiłam kolejne. Drugie tyle zamówiłam w sklepie internetowym. Zaszalałam. W`końcu sprzedałam mieszkanie i pierwszy raz w życiu nie musiałam się martwić czy wystarczy mi pieniędzy.

– Tak – uśmiechnęłam się nieśmiało. Właśnie przeprowadzamy się na południe Europy, pojedziemy przez wiele krajów i chciałabym o tym trochę popisać.

Nie mogłam uwierzyć w to, co powiedziałam. Pierwszy raz – nie tylko poczytać, a pisać. Jakby coś z mojego środka, odezwało się zamiast mnie. Wiedziałam, że chciałam wyruszyć w podróż. Chciałam słońca. Chciałam coś zmienić, ale jeszcze nie wiedziałam dokładnie co, i nie wiedziałam jak.

Myślałam, że wyruszam w podróż po wieczne szczęście i spokój. Wyobrażałam sobie, że zmiany mogą najwyżej dotyczyć stylu życia, ciągłego plażowania zamiast spacerów do piaskownicy w parku, zakupów bezcłowych kosmetyków na Gibraltarze, nauki hiszpańskiego. Nie wiedziałam, że po drodze spotkam i polubię prawdziwą siebie, często wcale nie będzie słonecznie i różowo, a wszystko razem – smutek i radość, naprzemiennie wspaniale splątane, odkryją przede mną życia sens.

Zapłaciłam, wrzuciłam paczkę na rower i pojechałam do mojego mieszkania na poznańskiej Wildzie. Domu, który już za chwilę miał przestać nim być. Mieszkanie, kompletnym cudem i w ciągu miesiąca (zupełnie nie recesyjnie!) kupili rodzice młodej aktorki. Oczywiście dla niej. W mojej dawnej sypialni, w wykuszu z czterema oknami, z którego było widać całą ulicę Prądzyńskiego, morze zieleni, i piękny secesyjny budynek szkoły podstawowej, do której kiedyś chodziłam; postanowiła zrobić sobie gabinet. Ciekawe jakie role tam później ćwiczyła? Co ją tam dobrego i złego spotkało? Może też, gdy ma gorszy dzień, schodzi na dół posiedzieć pod wielkim kasztanowcem na boisku? Miał niezłą moc. Pamiętam, że czasem w trakcie imprez, zaprowadzałam tam znajomych, żeby się do niego przytulili. Mówili, że rzeczywiście czuć jakąś dobrą energię. A może to było tylko wypite tego wieczoru wino?

Chyba ostatni raz jechałam wtedy na rowerze (Teraz już znowu jeżdzę cały czas, ale to już jest inna historia/ przyp. aut.). Wiele rzeczy robiłam wtedy ostatni raz. Zostawiałam osoby, które były dla mnie ważne. Rodziców, którzy byli świeżo upieczonymi dziadkami. Kochane dzieci mojego ówczesnego partnera. Najlepszą przyjaciółkę, bez której bałam się, że świat mocno wyblaknie, a ja nie będę pamiętała, że zawsze jestem fajna. Przyjaciół i znajomych, którzy dawali mi wspaniałe poczucie przynależności. Wiele innych, niezbędnych elementów mojej bezpiecznej codzienności – kasztanowce na Garczyńskiego, ukochane mieszkanie, Wildę, tereny spacerowe przy Warcie, Stary Rynek, rogale świętomarcińskie. Cały poznański wszechświat, poza którym nie byłam pewna, kogo i co znajdę.

W cyklu pożegnań, duże wrażenie zrobiło na mnie wypowiadanie kolejnych umów – z gazownią, z ENEĄ, ze spółdzielnią mieszkaniową. Jakbym po kolei odcinała kolejne wątki, które łączyły mnie z dawnym światem. Powoli znikałam, jednocześnie nadal będąc mocno zanurzoną w dawnym życiu i dawnej sobie. Tylko różne małe zdania, które nagle ze mnie wyskakiwały, tak jak to przy kupowaniu książek, kazały mi się zastanowić, czy może coś nowego i ważnego się ze mną działo.

Zawsze ciągnęło mnie w świat, ale nie za daleko i raczej szukałam wygody. Spanie gdzieś, nie wiadomo gdzie, bez prysznica i umycia zębów, do tego z tłumem nowopoznanych osób, a nie daj Bóg łapanie stopa i rozmowy z nieznajomymi, to był dla mnie horror. Od kiedy pamiętam, bałam się nowych sytuacji. Od kiedy też pamiętam, zawsze w nie brnęłam.

Lubiłam zwiedzać Europę i gdy odwiedzaliśmy kolejne miejsca, ciągle miałam poczucie niedosytu, bo jak naprawdę przeżyć i zrozumieć jakieś miasto/ kraj w kilka dni? Gdy byłam w Barcelonie, chciałam tam pomieszkać. Na Krecie, też. W Chorwacji – wiadomo. Na Maderze? Poszłam dalej i sprawdzałam ceny nieruchomości. Dopiero po wakacjach w Hiszpanii, gdy zjechaliśmy połowę wybrzeża, poczułam, że to jest chyba to.

Gdy TyTy pojawiła się na świecie, zadałam sobie pytanie – co dalej? Znowu praca do 18:00, delegacje, prezentacje, wyjazdy do Warszawy, przetargowe gry pozorów, marynarki, przyciasne w drodze powrotnej spodnie, koszule i buty, statusy, contact reporty, rozmowy okresowe i cały ten managerski zgiełk? (A jeszcze nie było wtedy smartfonów!/ przyp. aut.). Zapytałam siebie/ Boga/ Absolutu, nie wiem jak to dokładnie nazwać, po prostu wypuściłam pytanie w kosmos. Co mam zrobić ze swoim życiem? Po trzech dniach (później trójka zacznie pojawiać się w moim życiu coraz częściej), przyszła odpowiedź – sprzedaj mieszkanie i wyjedź do Hiszpanii. Nie wiem czy to był wynik ciągle dobrego nastroju, związanego z początkiem macierzyństwa, karmieniem piersią, i bo hormony tak mi się ustawiły. Tak czy siak, chwyciłam tę rękawicę! Odbyłam kilku trudnych rozmów, w tym dla mnie najtrudniejszą – z rodzicami i świeżo upieczonymi dziadkami, w trakcie której wpadłam w histeryczny szloch, dukając „pozwólcie mii i i, realizować swoje marzenia”, czy jakoś tak to szło. Potem już potoczyło się szybko – sprzedałam mieszkanie, zmieniłam samochód, wyrobiłam karty EKUZ i pojechaliśmy.

W trakcie przygotowań, bardzo się bałam. Dlatego skupiłam się na konkretnych rzeczach – oprócz sprzedaży mieszkania i zmianie samochodu na większy, znalazłam w Andaluzji dom do wynajęcia i kupiłam stertę przewodników. Cały czas czytałam (im więcej wiem, tym jestem spokojniejsza, zawsze tak reaguję na stres), po kilka razy wszystkie informacje. Nie było wtedy tego wiele (potem zaczęłam sama je dostarczać), Facebook wtedy jeszcze raczkował, było tylko jedno forum (teraz już wyparte przez grupy na FB). Tak naprawdę jechaliśmy w ciemno.

Po wielu zawirowaniach, które już wtedy powinnam zacząć opisywać, wreszcie wyruszyliśmy.

To była wyjątkowa 10-dniowa podróż przez Europę – Berlin/Poczdam, Bamberg, Strasburg, Evian, Awinion, Cadaques, Sitges, Denia, Tarifa. Codziennie pokonywaliśmy około 300 km, bo TyTy vel Mała Mysz miała wtedy 10 miesięcy i nie lubiła podróży. Po przejechaniu 100 km zaczynała wyć. Byliśmy zwyczajną rodziną i nasze dziecko spało wtedy kiedy nie trzeba – na przykład w trakcie długo oczekiwanego popasu. Czasem lubiła chustę, a czasem nie. Niekiedy wózek, później mamę, a potem tylko tatę. Na szczęście teraz uwielbia zwiedzanie i muszę przyznać, że odkrywanie świata razem z dzieckiem to wspaniała przygoda!

Gdy wjechaliśmy do Hiszpanii, trudno nam było opanować wzruszenie – widoki zapierały dech w piersiach! Spodziewaliśmy się, że pięknie będzie tylko na wybrzeżu (wiadomo!), ale to właśnie Hiszpania kontynentalna najbardziej nas zachwyciła – nigdy wcześniej nie widziałam tak wielkiej otwartej przestrzeni. Gdy dojechaliśmy na miejsce, musiał minąć pewien czas zanim ochłonęłam. Dni były przepełnione bardzo konkretnymi działaniami – szukaniem lekarza domowego, nauką języka, kończeniem studiów w Polsce, rozglądaniem się za pracą i odnajdywaniem swoich własnych dróg w tym nowym, ciekawym, ale też przerażającym i obcym przecież, świecie.

Po kilku tygodniach, znowu, jedna mała myśl kazała mi się zatrzymać. Weszłam na taras domku do wynajęcia, który był przy naszym apartamencie i pomyślałam „Tu kiedyś napiszę książkę”.

Odegnałam to, bo przecież jestem taka zwyczajna i niewiele mogę. Skąd takie myśli dziwne? Nie umiem pisać, a krytycy mnie zjedzą. Ba, sama krytykowałam innych ile wlezie (na szczęście już z tego wyrosłam/ przyp. aut.). Spróbowałam jednak i opisałam nasz przejazd przez Europę. Z jednym sukcesem – piątka z prezentacji na studiach, nazwy przedmiotu nie pamiętam i jedną porażką – wysłałam artykuł na konkurs do ukochanego Travellera – bez odzewu. Jeden minus jeden, wyszło zero – które mnie zatrzymało na jakiś czas.

Musiały minąć kolejne dwa lata, żebym zrozumiała, że tak naprawdę najfajniejsze jest samo uczenie się, proces twórczy i robienie tego co się lubi. Przeczytałam gdzieś kiedyś radę – Chcesz coś robić, to zacznij. Chcesz pisać, to pisz. Naprawdę tak jest. Nie słuchaj wewnętrznego krytyka.

Teraz, temu mojemu wewnętrznemu krytykowi mówię, żeby się zamknął (teraz to już się z nim zaprzyjaźniłam/ przyp. aut.), a reszty staram się nie słuchać. Chociaż szczerze mówiąc, gdy zaczęłam śmiało mówić o tym czego chcę, nikt za bardzo nie oponuje… Myślą, że oszalałam? Może cieszą się razem ze mną? Może wcale nie zwrócili na tę rozmowę i na mnie uwagi? Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym bardziej widzę, że to my sami najbardziej podcinamy sobie skrzydła.

Ostatnio przypomniałam sobie jeszcze jedną myśl, która dopadła mnie prawie 20 lat temu, w Wenecji. Spacerowałam po jej pięknych uliczkach i ciągle miałam déjà vu. Wydawało mi się, że już tam kiedyś szłam i cały czas wracam do domu. Dziwne uczucie, które nie przerażało mnie jednak. Pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy – jak bardzo lubiłabym zwiedzać świat, ale inaczej niż wszyscy. Tak dłużej. Tak naprawdę. Marzyło mi się, żeby móc pomieszkać gdzieś kilka miesięcy, może lat, nacieszyć się tym miejscem i okolicą, dobrze poznać, zagnieździć, a potem – pojechać dalej i poszukać nowych historii. Ostatnio ukułam swoje własne określenie dla takiej osoby – Zasiedziały Podróżnik.

Ale jak się utrzymać? Przecież to się da tak jeździć. Do głowy przyszły mi wtedy wtedy tylko dwa rozwiązania. Malarz i grafik komputerowy. Zwykle na początku drogi, poruszamy się tylko w znanych, bezpiecznych przestrzeniach, nie zdając sobie sprawy, że to tylko kierunek, w którym warto podążyć, i że do żadnych planów lepiej się za bardzo nie przyzwyczajać. Nie wiadomo, gdzie każda ze wskazówek nas zaprowadzi, ale to bardzo dobrze. (Niesamowite jak świat się zmienił – teraz pojawiło się sporo ofert pracy zdalnej, jak bosko!/ przyp. aut.)

Lubię sztukę, ale nigdy w tym kierunku nie poszłam. Do wielogodzinnego siedzenia przy komputerze też nie mam serca, ale otworzyło mi się w głowie kilka innych, nowych, fajnych dróg. Najważniejsze, że już się nie boję na nie wchodzić. Czasem tylko na nie zaglądam, niekiedy nimi idę, bywa że biegnę. Sama wybieram, jak długo na której pozostanę.

Dzięki temu, mocno rozszerzył się świat wokół mnie i jakby nie ma granic.

Jestem wolna. Tego się zupełnie nie spodziewałam.

Dodaj komentarz