Lubię Gibraltar

Strona o Gibraltarze i mojej miłości do tego miejsca, a także o odkrywaniu Andaluzji i wszelkich innych nieograniczonych możliwościach, dostępnych w tym zaskakująco różnorodnym miejscu na świecie!

Lato o zapachu Mixed Fish

Wyobrażaliście sobie kiedyś jak Wasi sąsiedzi wyglądają w bikini? Ja to wiem!

Gdy w zeszłym roku przeprowadziliśmy się do Catalan Bay, zaczęliśmy plażować już w lutym. Oczywiście nie każdego dnia, bo tutaj właśnie na tym polega zima, że pogoda jest w kratkę, bywa zimno i często pada, ale gdy trafi się słoneczny dzień – z westchnieniem ulgi można iść na plażę. I tak robiliśmy. W przeciwieństwie do naszych sąsiadów, ubranych wtedy w kozaki, szale, czasem czapki i obowiązkowe puchówki (na początku mieszkania w tych okolicach takie przegrzewanie organizmu mocno mnie szokowało, ale tej zimy TyTy sama tak paradowała). Psy zimą też chodzą w ubrankach, potem chyba łatwiej jest im znieść upały.

My plażowaliśmy, a sąsiedzi spotykali się tylko popołudniami i tylko gdy wyszło słońce. Gdy zachodziło za Skałę (zimą wcześniej, bo już o 15:30), grzecznie rozchodzili się do domów. Pomyślałam, że po prostu mieszkanie przez całe życie przy plaży tak ich zblazowało, ale nie. Gdy przyszedł maj nagle wszyscy się rozebrali. Mogłam zacząć obserwować ich codzienny wakacyjny rytuał, który na dobre uporządkował się w czerwcu.

Wakacje w Catalan Bay rządzą się określonym rytmem, narzucanym też przez letni rytm pracy na Gibraltarze (który m.in objawia się tym, że w godzinach pracy wielu firm pojawią się ‚summer hours’, co dla niektórych oznacza, że kończą pracę o 14:00, kupują słodycze (żeby nie zasnąć – w tym klimacie organizm około 15:00 zaczyna intensywnie słabnąć) i idą na plażę.

My wolałyśmy chodzić rano, od około 9:00 do 11:00, bo później było za gorąco. Poza tym lubimy plażę, gdy jest pusta i cała dla nas. W tym czasie nasi sąsiedzi przychodzili tylko wbić parasole…

Rezerwowali sobie w ten sposób najlepsze miejsca, tuż przy samym brzegu morza, resztę plaży pozostawiając ‚miastowym’ – czyli tym, z drugiej strony Skały oraz tłumowi nastolatków, który pojawiał się około 13:00-14:00, żeby romansować, kąpać się dużymi grupami, stać w wielometrowych kolejkach po lody i lokalny specjał – mrożony napój o smaku coca coli albo zwykły sok (zamrażany po prostu w opakowaniu, któremu potem odkrawa się nożem jeden bok i wyjada środek łyżeczką).

Później przyjeżdżali, wspomniani wcześniej, ‚pracujący’ i około 15:00 Catalan Bay zaczynało przypominać typowe miejskie kąpielisko. Ale wtedy, nasi sąsiedzi siedzieli już wygodnie pod swoimi parasolami i wytrzymywali tak do końca – czyli do 17:30, kiedy to słońce zachodziło za Skałę i plażę pokrywał zbawienny cień. Jak w zegarku, wszyscy zaczynali zbierać się do domów, a na plaży zostawały tylko nastolatki, żeby nadal romansować i grać w piłkę. Wtedy na plażę wracałyśmy my – bo wreszcie było trochę chłodniej.

Równo o 18:00, opisywany już przeze mnie Pan D., wracał do domu, zapewne otwierał zimne piwo i zaczynał grać. Prawie zawsze zaczynając od Maná (meksykański zespół rockowy, wielka gwiazda, o istnieniu której dotychczas nie miałam pojęcia) albo Santany z Maná (Corazon Espinado – ten kawałek chyba kojarzą wszyscy), a poźniej puszczając to, na co miał ochotę – hiszpańskie przeboje, aktualne i sprzed lat, trochę klasyki muzyki rockowej i popu, czasem Beatlesów – niezła wakacyjna mieszanka. Ale codziennie zaczynał tak samo…

Około 20:00 wszystko cichło – zapewne włączał sobie jakiś ulubiony serial (nie chce mi się wierzyć, żeby to mogły być wiadomości), a wtedy muzykę z telefonów zaczynały puszczać nastolatki, którym jakoś nigdy nie spieszyło się do domu.

Około 22:00 z rozgrzanych budynków, na wieczorną pogawędke przy promenadzie, znowu wylegali sąsiedzi, próbując ochłodzić się morską bryzą – której akurat w sierpniu było jak na lekarstwo. Wręcz przeciwnie – po otwarciu okien albo wyjściu na zewnątrz, można było odnieść wrażenie, że gdzieś obok z pełną mocą pracuje piekarnik z termoobiegiem. A to była tylko Afryka – jedyne czternaście kilometrów stąd 🙂

Wieczorne powietrze przesycał zapach Mixed Fish z pobliskiego pubu Seawave (świetne miejsce i bardzo dobre jedzenie, polecam!) – i od teraz właśnie ten zapach, muzyka puszczana przez sąsiada oraz piasek – piasek we włosach, w torbach i na podłodze (wszędzie!), już zawsze będą kojarzyć mi się z wakacjami.

I tak każdego dnia, od poniedziałku do niedzieli, przez całe lato, aż do 1 września, kiedy to nagle plaża opustoszała…

(Przyp.aut./ 2020) W tym roku na plaży jest chyba jeszcze tłoczniej niż zwykle i na szczęście nie przekłada się to na wzrost zachorowań. Ze względu na obostrzenia związane z koronowirusem w Hiszpanii i utrudnienia w podróżowaniu po świecie, więcej mieszkańców spędza lato na Gibraltarze.

2 odpowiedzi na „Lato o zapachu Mixed Fish”

  1. ale zachęcające do lenienia się fotki, a tu cały dzień pracy….

    Polubienie

    1. Teraz chodzimy tam po pracy albo przed 🙂 A czasem tylko w weekendy. Może masz jakieś fajne parki w okolicy, w ktorych miło odpocząć? Gdybym tu nie mieszkała, pewnie ciągle starałabym się siedzieć w parku… albo na dachu domu/ wieżowca, żeby mieć szerszą, wakacyjną perspektywę 🙂

      Polubienie

Dodaj komentarz