Kto myśli, że u nas zawsze świeci słońce jest w wielkim błędzie.
Dotychczas czytałam o tym tylko w przewodnikach… Mówi się, że Brytyjczycy przywieźli na Gibraltar angielską pogodę, co oznacza, że co jakiś czas Skałę spowija mgła, i to nie tylko jej szczyt, ale wszystko – uliczki, place, a nawet plaże.
Jest to spowodowane przez ciekawe zjawisko meteorologiczne – gdy wilgotny wiatr Levante przynosi gęste powietrze od strony Morza Śródziemnego i spotyka się z zimnym prądem, płynącym od strony Oceanu Atlantyckiego.

Nagłe ochłodzenie sprawia, że powstaje mgła, która napiera na Skałę Gibraltarską, szczelnie ją opatulając.

Ze względu na ukształtowanie i wielkość (a może raczej niewielkość) Gibraltaru, prawie gdziekolwiek się znajdujemy, widzimy dwie rzeczy – po jednej stronie Skałę, po drugiej morze. Mgła stawia to wszystko na głowie i nagle masz poczucie przebywania nie wiadomo gdzie.
Zwykle trwa to kilka godzin, a później niespodziewanie znika. Tym razem żyjemy otoczeni mgłą już dwa dni.

Przyszła nagle, najpierw zakryła morze, a potem plażę. Zrobiło się zimno i trochę strasznie, bo fale pojawiały się jakby znikąd… Nasza plaża nie jest długa, ale gdy poszłyśmy na spacer w jedną stronę, po chwili nie widziałyśmy drugiego końca.
Plażowicze zdawali się nie zwracać na to wszystko uwagi. Ludzie grali w piłkę, kąpali się, jakby opalali (?!?). Zapewne jak się tu mieszka kilka lat, to człowiek się przyzwyczaja.

Gdy Mysz wrócił z pracy okazało się, że z drugiej strony cały czas jest fantastyczna pogoda.
Po raz kolejny mam wrażenie, że to miejsce jednak jest większe niż nam się wszystkim wydaje.


Dodaj komentarz