Ufff, to była czarna seria…
Najpierw padł samochód – po nieudolnej naprawie zdawałoby się banalnej rzeczy, zaczął dymić, śmierdzieć gumą, bluzgać płynem i padł. Nawet nie próbowaliśmy go sami włączać…
Potem laptop – źle rokował od jakiegoś czasu i po prostu pewnego dnia się nie włączył.
Telewizor – z dnia na dzień stracił głos, a później obraz.
A na końcu zepsuł się, okazało się, że najważniejszy… wózek – odpadło mu kółko z przodu.
Później doszły już rzeczy drobne, ale że tak powiem dowalające do pieca… w czasie zakupów (z dzieckiem, za to bez wózka) rozleciał mi się klapek (proszę nie zazdrościć, że już zajechałam jedną parę japonek, to zeszłoroczne), później zbiłam kilka szklanek, rozdarłam spodnie, ciasto mi się zakalcowało, itd. Szczerze? Bałam się wstać z łóżka… Pocieszałam się tylko, że w końcu przecież, musi ruszyć w drugą stronę i może np. wygram w Loterię Gibraltarską? I nic, znowu wygrałam funta, tzw. na szczęście (żaba, która ma przynieść bogactwo naszej rodzinie ma już totalnie zapchany pysk).
Wiadomo, że zdrowie jest najważniejsze i to tylko przedmioty, ale jak współcześnie żyć i próbować zarabiać pieniądze bez laptopa i … wózka dla dziecka, nie wiem. Jedna, dwie wizyty w kafejce może i są fajne. Łatwiej się skoncentrować, wokół nowi ludzie, post szybko buduje się w głowie. Wszystko jest możliwe dopóki jest wózek. Bez wózka, klapa. Nic nie zrobię.
W końcu się jednak odwróciło… Zaczęło się powoli – puszka pełna pulpy pomidorowej rozbryzgała mi się na lodówkę i pół kuchni, ale świeżo wyprasowana koszula, pozostała czysta. Czary? Później spadło mi na podłogę porcelanowe wieczko od cukiernicy i się nie zbiło… Czary dwa? Niech tak będzie!
Samochód został naprawiony – kosztowało to fortunę i konieczne były poprawki, ale jeździ. Odpukać.
Laptop, jak widać działa – chociaż też nie było łatwo, bo w serwisie przez 6 dni go nie sprawdzili. Na szczęście Kolega A. (jak Anioł) coś mu zrobił i chodzi lepiej niż przedtem, chyba nigdy nie był taki szybki.
Telewizor – olaliśmy.
A wózek? Kilka dni temu przyszła Belinda i konspiracyjnie zagadała ‚Nie chciałabym Cię urazić, ale wydaje mi się, że jeździsz wózkiem bez kółka z przodu. Nie chciałabym, żebyś pomyślała, że Cię obserwuję (przecież wiem, że tak :), gdy mnie nie widzi kilka dni, przychodzi spytać czy nic nam się nie stało). Wiesz, ludzie zgłaszają mi różne używane sprzęty i później przekazuję je dalej. No i mam wózek dziecięcy. Bardzo ładny. Chcesz?’ – ‚Jezu, jasne, że tak!’. No i przyniosła, pięknego MacLarena, dużego i wygodnego, a dodatek – brązowo-różowego. W życiu nie kupilibyśmy sobie takiego drogiego wózka!


Dodaj komentarz