Jak już wiadomo, piekę ciasta. Wychodzi mi różnie. Tzn. inni twierdzą, że dobrze, ale mi jest ciągle mało. Taki typ. Staram się jak mogę, ale czasem wychodzi mi tak sobie. Na szczęście mam cichego sprzymierzeńca.
To było jakiś czas temu. Moje pierwsze duże zamówienie, na Walentynki. Zaczęłam się przygotowywać odpowiednio wcześniej. Upiekłam dwa próbne ciasta, sprawdziłam jak zachowują się kremy i barwnik, jak mi wychodzi zdobienie, wszystko, byłam żyleta.
Nadszedł dzień zero – co druga blaszka spalona, krem mnie nie lubił, garnek się spalił, a ciasto francuskie przypominało chlebek pita. Czułam, że mam kryzys, i że chyba nie dam rady.
Zaryzykowałam. Połączyłam składniki, wstawiłam ciasto do lodówki na noc i rano wyjęłam pyszną Napoleonkę z kremem.
Dziękuję ci Loli.


Dodaj komentarz