Gdy wprowadziliśmy się do Catalan Bay, sąsiedzi pytali mnie dlaczego nie zamontowałam za oknem sznurków do prania, jak wszyscy.
Większość ma powywieszane długie sznury, które zapełniają się kolorowo i malowniczo, gdy jest ładna pogoda. Powietrze jest przesycone wtedy zapachem płynu do płukania, a raczej mieszanką zapachów płynów do płukania, aż trochę kręci się w głowie. Suszy się wszystko, więc chcąc nie chcąc, wiesz jaką kto nosi bieliznę, w czym i pod czym śpi, w ogóle chcąc nie chcąc dużo o każdym wiesz. Południowa wersja protestanckiego braku zasłon.
Wszystko po to, żeby nie suszyć prania w domu, bo od wilgoci rośnie grzyb, a grzyb zimą w tych okolicach, to prawdziwa męczarnia (zwłaszcza, po hiszpańskiej stronie, bo tam nie wiedzieć dlaczego, nie montuje się rynien, a tu przecież naprawdę nieźle pada, gdy pada).
W każdym razie, sznurków nie mam i dzielnie wychodzę rozwieszać pranie na zewnątrz. Dlaczego? Żeby pogadać. Tutejsi mieszkańcy są mistrzami pogawędek – wspaniale zmieszała się w nich brytyjska umiejętność rozmów o niczym, z południową życzliwością. Więc sobie gadamy, o Loli, o pogodzie, o mojej córce, o różnych problemach, gdzie coś kupić, gdzie zjeść, dlaczego tu przyjechaliśmy, o okolicy, małpach i innych historiach.
Gdy mam gorszy dzień, trochę sobie z tym nie radzę – zwłaszcza, że całe życie uczyłam się skrótowych dialogów, odpowiednich do przejażdżki windą na piąte piętro. W takie dni mam ochotę przebiec z tyłu budynku i uciec schodkami za kościołem na pustą ulicę, gdzie mogę spotkać tylko małpy, ale w sumie, ta nowa umiejętność – pogadania sobie, przychodzi mi coraz łatwiej i coraz lepiej się z tym czuję.
Tak się rozkręciłam, że nawet na autobus wychodzę minimum 20 minut wcześniej, żeby zdążyć z każdym porozmawiać albo chociaż się do każdego niespiesznie uśmiechnąć.


Dodaj komentarz