Wczoraj na Gibraltarze przez trzy godziny nie było prądu. Jak awaria, to awaria. Chyba z tego powodu zepsuł nam się piec i nie mieliśmy ciepłej wody.
Rano zadzwoniłam do agencji. Odebrał Alan (potrafi być po mistrzowsku jednocześnie miły i niemiły, prawdziwy Gibon):
– Nie martw się, dziś go naprawimy. Zadzwonimy do Ciebie po 10:00 i damy Ci znać kiedy przyjdzie elektryk.
– Ok, to świetnie. Czekam.
Czekałam do 14:00. Nie chcąc wyjść na furiatkę z północy (bo tak nas tu postrzegają i tylko uśmiechają się z pobłażaniem, jakby czekając aż wreszcie też nabierzesz dystansu), odczekałam jeszcze… 5 minut.
Dzwonię. Znowu odbiera Alan.
– Cześć, co z moim piecem?
– Dałem znać Rayowi. Zadzwoni do Ciebie.
– Ale jest już popołudniu. Miałam plany. Nie wiem czego się spodziewać. – próbowałam stawiać granice.
– Jak to czego? Naprawi Ci piec.
Bardzo śmieszne. Pomyślałam coraz bardziej sfrustrowana.
Do 17:00 żadnego kontaktu. Znowu dzwonię. Tym razem odbiera Anita, żona Raya. Opowiadam jej swoją urzekającą historię.
– Ok. zaraz się tym zajmę.
I rzeczywiście Ray przyjechał, rzucił kilka słów wyjaśnienia, ale był bardziej oschły niż zwykle. W ciągu 5 minut naprawił piec, a potem mi powiedział, niby przy okazji rozmowy o czymś innym, że jak czegoś nie mogę zmienić, ani przyspieszyć, to żebym się tak nie przejmowała.


Dodaj komentarz