Lubię Gibraltar

Strona o Gibraltarze i mojej miłości do tego miejsca, a także o odkrywaniu Andaluzji i wszelkich innych nieograniczonych możliwościach, dostępnych w tym zaskakująco różnorodnym miejscu na świecie!

Trochę już stąd, ale chyba jednak nie

Wczoraj na Gibraltarze przez trzy godziny nie było prądu. Jak awaria, to awaria. Chyba z tego powodu zepsuł nam się piec i nie mieliśmy ciepłej wody.

Rano zadzwoniłam do agencji. Odebrał Alan (potrafi być po mistrzowsku jednocześnie miły i niemiły, prawdziwy Gibon):

– Nie martw się, dziś go naprawimy. Zadzwonimy do Ciebie po 10:00 i damy Ci znać kiedy przyjdzie elektryk.

– Ok, to świetnie. Czekam.

Czekałam do 14:00. Nie chcąc wyjść na furiatkę z północy (bo tak nas tu postrzegają i tylko uśmiechają się z pobłażaniem, jakby czekając aż wreszcie też nabierzesz dystansu), odczekałam jeszcze… 5 minut.

Dzwonię. Znowu odbiera Alan.

– Cześć, co z moim piecem?

– Dałem znać Rayowi. Zadzwoni do Ciebie.

– Ale jest już popołudniu. Miałam plany. Nie wiem czego się spodziewać. – próbowałam stawiać granice.

– Jak to czego? Naprawi Ci piec.

Bardzo śmieszne. Pomyślałam coraz bardziej sfrustrowana.

Do 17:00 żadnego kontaktu. Znowu dzwonię. Tym razem odbiera Anita, żona Raya. Opowiadam jej swoją urzekającą historię.

– Ok. zaraz się tym zajmę.

I rzeczywiście Ray przyjechał, rzucił kilka słów wyjaśnienia, ale był bardziej oschły niż zwykle. W ciągu 5 minut naprawił piec, a potem mi powiedział, niby przy okazji rozmowy o czymś innym, że jak czegoś nie mogę zmienić, ani przyspieszyć, to żebym się tak nie przejmowała.

Dodaj komentarz